• Instagram
  • wszystko co kreatywne!

    Strony

    'ZAMIEŃ CHEMIĘ NA JEDZENIE' JULITA BATOR


    Wiele dobrego słyszałam o tej książce jeszcze przed jej oficjalną premierą w sierpniu 2013 roku. Wiele razy miałam ją kupić, ale zawsze coś mnie powstrzymywało, i schodziła nieubłaganie na drugi plan. Wspomnienie o niej jednak nie poszło w zapomnienie i przy okazji ostatniej wizyty w Matrasie zakupiłam:
    ZAMIEŃ CHEMIĘ NA JEDZENIE
    Julita Bator

    Kiedy zaczęłam czytać, odniosłam wrażenie, że jest strasznie naiwna. Same banały zebrane na kilku pierwszych stronach. Coś w stylu:

    '"Wzbogacanie" żywności syntetycznymi i półsyntetycznymi dodatkami, uprawy GMO na masową skalę, stosowanie środków ochrony roślin. skażenie żywności metalami ciężkimi, nadużywanie lekarstw, a zwłaszcza antybiotyków - te wszystkie zjawiska są stosunkowo nowe. Co chwilę powstaje jakiś nowy związek chemiczny, nowe lekarstwo, nowy konserwant czy stabilizator. Musimy mierzyć się ze wszystkimi nowymi rzeczami w przyspieszonym tempie. Warto zadać pytanie: Czy odbije się to w jakiś sposób na naszym zdrowiu?[...] Czy pokusimy się o nazwanie Jane Fondy aktorką w średnim wieku tylko dlatego, że mimo siedemdziesięciu sześciu lat wygląda, jakby miała pięćdziesiąt?[...] Nie wiemy, jak ten przyspieszony rozwój technologiczny wpłynie na nasze zdrowie i środowisko, a tym bardziej na kondycję przyszłych pokoleń."
    Myślę, że w przypadku Pani Fondy, jej 'młody' wygląd należy raczej przypisać umiejętnościom chirurgów plastycznych i częstym wizytom u kosmetyczek, aniżeli jedzeniu, ale to tylko moja opinia.

    Nie wiem, czy autorka starała się pisać z perspektywy większości, czy też to są na prawdę jej przemyślenia, ale dojście do konkluzji, że najzdrowiej jeść tak, jak jadły nasze babcie, zajęło jej, z tego co pisze, strasznie dużo czasu. Mój zawód nijak nie jest związany ze zdrową żywnością, nie jestem maniaczką bio i eco, nie bywam w napompowanych sklepach, gdzie pęczek marchewki kosztuje 16 zł. To wszystko absurd. Niewiele potrzeba, żeby uświadomić sobie, ile chemii jest w każdej rzeczy na sklepowej półce, wystarczy przeczytać skład czegokolwiek. Od dziecka, również mieszkając w Krakowie, karmiona byłam produktami wyhodowanymi w czyimś ogródku lub wytworzonymi z mleka od przydomowych zwierząt swobodnie pasących się w tymże ogródku, dzięki trosce mojej mamy. Kupno takich produktów nawet teraz, jest dziecinnie łatwe, w przeciwieństwie do tego co mówi autorka, wystarczy się nieco wysilić, wystawić nos z centrum Krakowa i zobaczymy, że na osiedlowych placach/targach zawsze znajdzie się kilka babć/góralek/rolników sprzedających plony z własnego ogródka. Doprawdy! Ciężko oczekiwać, żeby dzieci wychowane na mleku modyfikowanym - już sama nazwa nie wróży nic dobrego (!) - byłyby w przyszłości zdrowe. Naiwnością jest sądzenie, że produkty przetworzone, w równej mierze, dostarczą składników odżywczych, potrzebnych chociażby i do prawidłowego funkcjonowania naszego układu odpornościowego, niż produkty  ręcznie/tradycyjnie zrobione bez użycia jakiejkolwiek chemii. Nie byłam chorowitym dzieckiem, wprost przeciwnie, w trakcie roku nigdy nie chorowałam, nawet sezonowo, nigdy nie miałam alergii ani nietolerancji, żadnych buli głowy, jedynie co to stres związany ze szkołą wywołał u mnie przejściowe dolegliwości. Moja rodzina bez żadnych książek, poradników, artykułów napisanych przez autorytety, a jedynie kierując się najnormalniej w świecie zdrowym rozsądkiem, jadła zgodnie z tradycją i naturą. I ja teraz kontynuuję ten rodzaj myślenia. Jedynym wyjątkiem, w latach 90-tych, było chwilowe zaakceptowanie faktu wyższości mixu margaryny z masłem, nad samym masłem, zgodnie z tym co mówiły ówczesne autorytety. To był błąd, ale szybko wrócił nam zdrowy rozsądek.

    oraz nieco później:
    'Żyjąc we współczesnym świecie, w którym - począwszy od marchewki, poprzez skórę do wyrobu obuwia, a na informacji kończąc - przetworzone jest niemal wszystko, chcąc nie chcąc czerpiemy z niego i to, co dobre, i to, co złe. Skutkiem przetwarzania żywności stało się to, że jest ona w dużej mierze pozbawiona składników odżywczych takich jak witaminy, enzymy czy mikroelementy. Odpowiedzią producentów żywności stało się wzbogacanie jej w syntetyczne odpowiedniki brakujących składników.Dzięki przetwórstwu można żywność dłużej magazynować, dalej transportować i dłużej przechowywać po zakupie. Korzyści zdawałoby się niewątpliwe. A jednak. Powstaje bowiem pytanie: Za jaką cenę? Ceną tą jest pogorszenie stanu naszego zdrowia, otyłość i gorsze samopoczucie."

    Powoli zaczęłam tracić zapał. Pomyślałam jednak, że to taki wstęp, który mnie nie porwał, ale że mimo wszystko należy dać książce szansę. 

    "Nadwrażliwość moich dzieci nie podlega tutaj oczywiście dyskusji. Uważam jednak, że negatywna reakcja ich młodych organizmów na chemiczne dodatki do żywności - konserwanty, barwniki i aromaty - jest reakcją paradoksalnie naturalną. Farba służy przecież do malowania ścian, ropa naftowa jest paliwem, smołę wykorzystuje się do budowy dróg, a siarkę do produkcji zapałek. Gdy nasze rozumowanie pójdzie tą drogą, to musimy uznać, że składniki owe nie mają prawa znaleźć się w pożywieniu, które sami jemy i serwujemy naszym dzieciom. Nie wiadomo tylko, dlaczego producenci żywności twierdzą inaczej."

    Jedynie czym należy kierować się przy świadomym wyborze produktów, jest rozsądek i świadomość, że chociażby mięso kupione w dyskoncie za 1/4 ceny jaką musielibyśmy zapłacić u lokalnego rzeźnika to nie promocja, to kupowanie potencjalnie nafaszerowanego świństwami i antybiotykami przetworzonego produktu (pompowanie wodą z substancjami spowalniającymi proces rozkładu), które rosło dwa miesiące, a nie dwa lata. Dokonujmy świadomych wyborów, a w przyszłości stan naszego zdrowia będzie odzwierciedleniem tego, co jedliśmy przez całe życie. Współczesny świat/medycyna wydłużyła życie człowieka, ale jakie to życie, kiedy choroby spowodowane spożywaniem stabilizatorów, antybiotyków, sztucznych barwników i aromatów, substancji spulchniających i konserwantów przykuwają do łóżka na długie lata, albo pozbawiają nas wspomnień, i to na własne życzenie.

    Podsumowując, jest to książka dla ludzi, którzy nie maja zielonego pojęcia jaką robią sobie krzywdę oszczędzając na jedzeniu, zastępując pełnowartościowe pokarmy plastikowym jedzeniem z fabryk. Nie powiem, że nic mnie ta książka nie nauczyła, w kilku zaledwie kwestach utwierdziła mnie w przekonaniu, że mój tok myślenia szedł w dobrym kierunku. Dobrze zrobiłam, że nie odłożyłam jej na półkę. Sama autorka określa styl tej książki jako poradnik, i mimo mojej niechęci do tego typu formy literackiej, czytałam go z zainteresowaniem. Moim zdaniem nikt też nie rozumie istoty normalnego, wartościowego jedzenia pochodzącego wprost z natury, dopóki nie zerwie z krzaka, nie powącha i nie skosztuje pomidora, który bez nawozów wyrósł grzejąc się w słońcu, tak jak ja to robię co roku w swoim ogródku.

    0 komentarze :

    Prześlij komentarz

     

    Etykiety

    RECENZJE (171) URODA (164) kosmetyki (157) KUCHNIA (79) DIY (76) KREATYWNIE (74) PRZEPIS (74) NOWOŚCI (63) koreańskie kosmetyki (43) deser (34)

    Prawa autorskie

    Nie zgadzam się na kopiowanie grafik, zdjęć i tekstów oraz publikowanie ich w formie elektronicznej lub drukowanej bez mojej wiedzy i zgody (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

    klub ekspertek

    Google+ Badge

    FACEBOOK

    MÓJ INSTAGRAM