• Instagram
  • wszystko co kreatywne!

    Strony

    MEKSYK - CUDOWNA WYPRAWA DO INNEGO ŚWIATA - PRZYWIEZIONE SKARBY


    Przed podróżą nie nastawiałam się na większe zakupy, ale zapytałam każdego z rodziny co mogłabym mu przywieźć. Każdy wyraził chęć, ale nie każde życzenie udało mi się spełnić. MojaDrugaPołówka na samym początku, jeszcze przed wyjazdem, doradził mi, żebym nie brała zbyt wielu rzeczy, bo przyda mi się miejsce. Prawda jest taka, że Meksyk jest pełny cudownych, wyjątkowych rzeczy ręcznie robionych. Jednak, mimo tych wszystkich wspaniałości, nie jesteś w stanie kupić wszystkiego. Tyle cudownych rzeczy.
    Warto podkreślić, że w tych stanach w których ja byłam (Morelos, Veracruz, Puebla, Guerrero, Mexico D.F.) nie ma globalizacji jako takiej. Każdy z nich jest wyjątkowy w swoim rodzaju. Wiele kategorii przedmiotów użytkowych: kamionkowe naczynia, miotły, meble, donice, tkaniny, kapelusze, ceramika, alkohol, są robione na miejscu, lokalnie. Żadna chińszczyzna. Ale ma to też swoje konsekwencje. Widziałam coś w jednym miejscu, kilka kilometrów dalej już tego nie spotkałam i nie kupiłam, albo jest, tylko zmienione/podobne. Ma to swój urok. Wiele niesamowitych okazów sztuki ludowej przeszło mi koło nosa, bo nie potrafiłam się zdecydować. Nie żałuje! Przecież jeszcze tu wrócę. Na szczęście dość szybko zauważyłam tą prawidłowość i nie wahałam się ani trochę. Nie szastałam pieniędzmi na prawo i lewo, ale stosunek złotówki do pesos, ok 1:4,5 dawał pole do zakupowego szaleństwa. Nigdy nie poszłam na zakupy celowo, wszystko kupiłam raczej przypadkowo. Ot wpadło mi w oko, ale podszedł ktoś do mnie z uśmiechem i zaproponował mały skarb za rozsądną cenę. 
     Już w pierwszym dniu - spacer po Cuernavaca - zobaczyłam cudowny sklepik z lokalnymi strojami, ręcznie szyte i haftowane. Prześliczna sukienka była już moja! 2 metry za sklepem, na przecudnym, tkanym dywanie w stylu Zapoteco, piękna, nieśmiała Indianka (nie mówiła po hiszpańsku, tylko w swoim narzeczu, a brzmiało to dźwięcznie, niczym z Apocalypto:) prezentowała swoje wyroby z koralików. Czerwone korale idealnie pasowały do dopiero co kupionej sukienki, rozsądna cena i już dumnie prezentowały się na mojej szyi. Kilka dni później, w Tepoztlan, na miejscowym targu, przypadkiem, w drodze na wzgórze świątynne, nabyłam: biały, haftowany obrus dla mamy, kwiecistą sukienkę dla mnie od uroczej, acz obrotnej w interesach, staruszk; tradycyjny kapelusz właścicieli hacjend (nie jestem jak inni turyści, sombrero Mariachi to nie to, a wysoki kapelusz z napisem 'VIVA MEXICO' to już gadget dla Amerykanów, nie mający nic wspólnego z kulturą Meksyku) nasiona traw i bób w przyprawach do chrupania oraz ceramiczny magnes na lodówkę w kształcie czaszki krowy zamówiony przez bratanicę (wybrany z setek typów jakie można było znaleźć, ale tylko tam).
    W Teotihuacan, jedynym czysto turystycznym miejscu na moim szlaku, nabyłam obrus z włókien kaktusa z przedstawieniem kalendarza majańskiego oraz talerzyk z sowami (taka nasza tradycja rodzinna; talerzyki, nie sowy). Z Xalapa przywiozłam także 2 kg organicznej kawy z pewnej plantacji, a z Las Grutas tradycyjne meksykańskie słodycze domowej roboty z mleka skondensowanego i orzeszków.
    Ostatnim miejscem było Acapulco, a tam moje serce zdobyły ręcznie malowane misy kamionkowe. Moja walizka wołała o pomstę do nieba, że za ciężka, ale i tak kupiłam jedną dużą i jedną małą ślicznotkę w mango:) oraz biżuterię z muszelek dla drugiej bratanicy. Jako prezent otrzymałam regionalną torebkę/kosmetyczkę w fioletowe kwiaty, niezwykle pojemną i jedyną w swoim rodzaju. 
     W stanie Morelos kupiłam Cuexcomate, miniaturkę glinianego silosa na zbiory, tradycyjny tylko dla tego terenu, ręcznie lepiony przez rzemieślników z dziada pradziada oraz likier z jakiś nasionek, w soczyście różowym kolorze (przypomina w odcieniu amerykański środek na przeczyszczenie haha:), ale jest pyszny w smaku:D
    Cieszę się, że posłuchałam, i w konsekwencji miałam na tyle miejsca, aby przywieźć te skarby do Polski. Przemilczę fakt, że oprócz strasznie ciężkiej torebki, jaką miałam przy sobie w samolocie, kapelusza na głowie, w drugiej ręce miałam jeszcze strasznie wypchaną torbę z obrusami i misami. Pech chciał, że z powodu spóźnienia samolotu z MEX do FRA musiałam biegać po lotnisku, a z takimi ciężarkami to nie takie fajne. Ale to dłuuuga historia.
     Pamiętam taki moment w trakcie pobytu, kiedy zachwycałam się kokosowymi łyżeczkami i malowanymi misami, ale wtedy właśnie, przez przypadek, wpadłam do miejscowego mall'a. I takie dziwnie uczycie przemknęło przeze mnie. Przez moment próbowałam zorientować się w jakiej części świata obecnie się znajduję. Dziwne, ale i straszne uczucie. Mall był taki jak wszędzie indziej, takie same sklepy, te same marki, taki sam wystrój wnętrza. Poczułam się strasznie naiwnie, myślałam, że ten świat jest tak przyjemnie inny od mojego. Ale ten mall, wyalienowany temperaturą od reszty gorącej rzeczywistości był tworem, który zaburzył moje pojmowanie meksykańskiej egzotyki. Szybko jednak zapomniałam o tym zdarzeniu i dalej cieszyłam się cudowną, latynoską kulturą.

    0 komentarze :

    Prześlij komentarz

     

    Etykiety

    RECENZJE (171) URODA (164) kosmetyki (157) KUCHNIA (79) DIY (76) KREATYWNIE (74) PRZEPIS (74) NOWOŚCI (63) koreańskie kosmetyki (43) deser (34)

    Prawa autorskie

    Nie zgadzam się na kopiowanie grafik, zdjęć i tekstów oraz publikowanie ich w formie elektronicznej lub drukowanej bez mojej wiedzy i zgody (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

    klub ekspertek

    Google+ Badge

    FACEBOOK

    MÓJ INSTAGRAM