• Instagram
  • wszystko co kreatywne!

    Strony

    MEKSYK - CUDOWNA WYPRAWA DO INNEGO ŚWIATA - NIEZWYKŁE MIEJSCA - STAN MORELOS


    Wszystkie przedstawione w tym poście informacje są wyłącznie moimi prywatnymi przemyśleniami i spostrzeżeniami z podróży do Meksyku. W kilkanaście dni przesiąkłam atmosferą tego pięknego kraju, ale też poznałam jego okrutną stronę. Wzięłam udział w wielu zabawnych sytuacjach, ale też kilku nieprzyjemnych i mrożących krew w żyłach.  Meksykański /hiszpański znam ze słuchu, rozumiem większość i bez problemu się dogaduję, czasami braki w słownictwie uzupełniałam gestami, aby łatwiej znaleźć słowo, jednak zdaje sobie sprawę z tego, że nadal robię dużo błędów. Miejscami wychodziła moja naiwność związana z próbą wykorzystania standardowych zachowań stosowanych w Polsce w realiach Meksyku.
    ~ * ~
    Teoretycznie są trzy sposoby podróżowania po Meksyku:
    * Pierwszy  to wycieczka  zorganizowana, zazwyczaj z biurem podróży (lepszym, lub gorszym). Największa zaleta to niewątpliwie bezpieczeństwo, niemniej jednak więcej jest w tym przypadku wad: wiecznie trzeba czekać na innych (odebrać z hoteli, rozwieźć do hoteli), zwiedza się typowo turystyczne miejsca oraz gwarantowany jest brak swobody w organizacji swojego czasu, generalne -ubezwłasnowolnienie. 
    * Druga opcja to wyprawa na własną rękę. Odradzam, zwłaszcza w tych trudnych dla Meksyku czasach. Narkotyki, korupcja, niejasna sytuacja polityczna, porwania. Meksyk obecnie nie jest państwem w pełni demokratycznym i dobrym kierunkiem na samotną wyprawę życia, w żadnym wieku. To cholernie niebezpieczne, nie tylko ze względu na kartele narkotykowe, skorumpowaną policję, ale także na faunę, z której niemal każdy przedstawiciel chce cię zjeść, albo chociaż ukąsić. Nie zapominając o chorobach, które czają się w jedzeniu i wodzie (salmonella, żółtaczka typu A).  Nie ważne dwie, pięć czy dziesięć osób. Nie jesteś miejscowy, znaczy jesteś obcy, a to wiele zmienia.
    Ja wykorzystałam trzecią możliwą metodę eksploracji  Meksyku, mniej popularną. Niezupełnie czysto turystyczną – bo w towarzystwie ‘tubylca’/pod opieką miejscowych, czyli z MojąDrugąPołówką. Większość podstawowych zasad poruszania się w tym kraju miałam już zapewnione z miejsca,  niemniej jednak pozostała reszta wiązała się z kilkoma regułami, które po przemyśleniu uznałam za rozsądne:
    ~ Po pierwsze: zdecydowałam , że najbardziej rozpoznawalny element każdego turysty, profesjonalny aparat fotograficzny z osprzętem, zostaje w domu. Komórka to znacznie powszechniejszy przedmiot, a równie dobry w robieniu zdjęć i filmów.
    Po drugie: w negocjacjach cenowych nie zabieram głosu, udaje miejscową z uśmiechem mówiąc ‘Si’ albo ‘Gracias’, wtedy cena nie rośnie dwukrotnie.
    Po trzecie: nie noszę przy sobie pieniędzy, żadnych, ponieważ pewnie najłatwiej było by mnie ‘skroić’ – nie ma co ryzykować. Poza tym mężczyzna płacący za kobietę, to tam znacznie bardziej naturalny widok:)

    GDZIE BYŁAM, CO ZWIEDZIŁAM, CZYM SIĘ ZACHWYCIŁAM?
    ~ * ~
     * STAN MORELOS *
    Suchy, ziejący gorącem stan śródlądowy. Ale nie miałam zupełnie nic przeciwko po mroźnej, mokrej Polsce z temperaturą około zera:D Dominującym kolorem przestrzeni są zdecydowanie odcienie suchej trawy i soczysta zieleń plantacji trzciny cukrowej, przy czym zielony jest w znacznej mniejszości. Niesamowite wrażenie robią też wysokie na kilkanaście metrów drzewa bez liści, ale za to z dywanami pięknych kwiatów na całej koronie. Różnica między latem a zimą (byłam w marcu, a temperatura nie spadła poniżej 34stC w dzień) jest nieznaczna, dlatego wegetacja roślin jest ciągła, po zbiorach od razu sieje/sadzi się następne rośliny. W Morelos znajduje się przetwórnia trzciny cukrowej Emiliano Zapata, dlatego to właśnie tu, płonące pola trzciny cukrowej są powszechnym, a jednak niezwykle spektakularnym widokiem. Dlaczego się ją pali? Ponieważ wtedy naturalnie spalają się niepotrzebne w procesie produkcji liście, łodyga kurczy się koncentrując w sobie słodkie substancje, a skórka dzięki wysokiej temperaturze mięknie i łatwiej ją ściąć. Potem transportowana jest przez wypchane po brzegi, ogromne ciężarówki jadące zawsze w kierunku Zacatepec. Tu też, na drogach pośród pól, co jakiś czas, stoją stragany z domowymi tacos i innymi tradycyjnymi pysznościami. W razie, jakby monotonny krajobraz wywołał u nas niepohamowany głód lub pragnienie.
    ~ * ~
    CUERNAVACA
    ~ MORELOS ~
    Urokliwe miasto, z Pałacem Cortesa przy centralnym placu, świetnie zachowanym, w którym obecnie znajduje się muzeum (zwiedzanie za darmo). Ściany i sufit krużganków na pierwszym piętrze zdobi fresk Diego Rivery z przedstawieniami Indian walczących z hiszpańską konkwistą. Żywię pewien sentyment do malarzy meksykańskich, dlatego tak bliskie spotkanie z dziełem jednego ze sławniejszych, ;), było interesującym przeżyciem. Niezapomniane wrażenie zrobili śpiewający tylko dla mnie Mariachi (MojaDrugaPołówka zamówiła 3 serenady tylko dla mnie, które odśpiewali stojąc wokół mnie na głównym skwerze miasta! coś wspaniałego! Było super! Pięknie śpiewali! Było ich aż siedmiu, więc natężenie dźwięku było niesamowite, zwłaszcza trąbki:) Kamieniczki w soczystych kolorach  i wąskie uliczki przywodzą na myśl miasteczka na starym kontynencie. Przyjemnie spacerowało się w chłodnym cieniu racząc się kwaśnymi lodami o smaku limonki:)
    fresk Diego Rivery, kamieniczka w centrum w ulubionym
    kolorze AZUL, jedna z uliczek, drzwi katedry, pomnik Mariachi
    na głównym skwerze/centrum
    XOCHICALCO
    ~ MORELOS ~
    Pierwsze, a jak się potem okaże, najładniejsze piramidy jakie widziałam w Meksyku (nie byłam w Chichen Itza, a Teotihuacan to głownie beton). Piękny kompleks kilkunastu, fakt - niezbyt wysokich, piramid wraz ze świetnie zachowanym boiskiem do obrzędowej gry w pelotę. Piękny dzień rozpoczęliśmy od wizyty w muzeum poświęconemu znaleziskom archeologicznym i historii Xochicalco z wielkim, panoramicznym oknem z widokiem na ruiny. Nowoczesny, klimatyzowany budynek z lądowiskiem dla helikopterów i biegającymi po dachu iguanami. Potem 'krótki' spacerek w cieniu drzew do piramid. Na wejściu, oprócz nas i dwóch odpoczywających w cieniu panów sprawdzających bilety, nie było żywego ducha. Mieliśmy cały teren tylko dla siebie. Z racji dość dużego upału, na kamieniu można by jajka sadzić, zwiedzanie odbywało się od cienia do cienia, czyli niczym sposobem mojego psa. Widoki ze wzgórza robią wrażenie, wielkość kompleksu jest imponująca, a poziom rekonstrukcji dość wysoki. Jedyną niedogodnością były tabliczki z opiami jedynie w języku hiszpańskim, ale mój dzielny tłumacz niczego nie pomijał. Na zdjęciu jedne z niewielu kaktusów jakie widziałam w Morelos.
    widok na piramidy, znalezisko archeologiczne z czasów prekolumbijskich, panorama
    kompleksu Xochicalco widoczna z muzeum, widok z najwyższej z piramid, płaskorzeźby
    zachowane na jednej z budowli.
    GRUTAS DE CACAHUAMILPA
    ~ MORELOS ~
    Mimo, że w Polsce nie brakuje pięknych jaskiń, to ta zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Dlaczego? Wysoka na ok. 80 metrów i długa na 2 km grota z wypasionym, wybetonowanym, podświetlonym chodnikiem. Najbardziej podobał mi się sposób oprowadzania. Z racji braku innych chętnych na daną godzinę zwiedzania, starszego pana przewodnika mieliśmy na wyłączność. Ubawiłam się, ponieważ przedmiotem oprowadzania przez dwie godziny, były kształty wskazywanych latarką stalagmitów i stalaktytów. Oczywiście w interpretacji pana przewodnika:' Po prawej widzimy siedzącego goryla biorącego prysznic, po lewej statek piracki z czaszką na przedzie, przed nami Kubuś Puchatek, a za nami butelka Corony:)'. Boki zrywać. Na pytanie czy są jakieś prehistoryczne malowidła ścienne, albo chociaż jakieś zwierzątka pan ze zdumieniem powiedział, że mają dwa nietoperze, a malowideł nie ma i nie było:D Ja wykazałam się wielką inteligencją i ubrałam japonki na zwiedzanie mokrej jaskini. Kiedy wyszłam okazało się, że z tyłu cała z góry na dół jestem w błotnych kropkach:)
    wejście do groty, wnętrza, drzewo, z którego kora schodzi płatami
     cienkimi jak kartki, na których potem powstają tradycyjne obrazy.
    TEPOZTLAN
    ~ MORELOS ~
    Piękne, małe miasteczko pełne uroku i ... obcokrajowców. Wielu z nich to podobno Niemcy i Amerykanie, bardzo biali i dobrze mówiący po hiszpańsku, ale szczerze mówiąc nie uzyskałam odpowiedzi dlaczego są właśnie tutaj. Jak tylko zaparkowaliśmy w sąsiedztwie centrum, wpadła mi w oko kawiarnia CACAO - różowa:). Po kilku dniach spędzonych na poruszaniu się po dość znacznym obszarze nie widziałam takiej nigdzie indziej. A tu proszę, zupełnie niespodziewanie w europejskim stylu, z truflami, prawdziwą czekoladą na gorąco i klimatem niczym Starbucks (to nie komplement, ale zarośnięci hipsterzy z laptopami buszujący po necie dzięki darmowej wi-fi to dość dziwny widok jak na Meksyk). Cudny targ/market z wyjątkowym rękodziełem: sukienki, kapelusze, obrusy, ceramika, wyroby z drewna, biżuteria z nasionek, kościotrupy z dyń oraz owoce i orzeszki we wszystkich smakach, tacos, empanadas, surowe kurczaki i głowy świń - taki Kleparz Nowy:) Tu, zupełnie spontanicznie, zrobiłam większość zakupów. Śmiać mi się też chce, ponieważ MojaDrugaPołówka zapragnął wśród tych wszystkich pyszności mango i melona na patyku z chilli, limonką i przyprawami. Dużo kupiłam, więc było dużo siatek. Ponieważ do skonsumowania tychże pyszności należy użyć obu rąk, wszystkie siatki wzięłam ja. Do samochodu nie było dalej niż 25 metrów, ale mimo wszystko, widok młodego, uśmiechniętego mężczyzny zajadającego się owocami i dreptającą obok niego młodą kobietę obładowaną niczym wielbłąd toną siatek, nikogo nie zdziwił. Pomyślałam z mieszanymi uczuciami kultura MACHO i przyspieszyłam kroku:) Tak mnie wciągnęło oglądanie tych wszystkich cudowności, że zanim wszystko zapakowałam do samochodu i już mieliśmy się wspiąć na wzgórze do Tepozteco (piramida) rozpętała się burza i zaczęło lać. I tyle było z wycieczki do ruin:) Ale dzień mimo wszystko był bardzo udany. Warto jeszcze wspomnieć nie tyle o kościele, w którym akurat trwał pogrzeb i nie wypadało mi zajrzeć do środka, ale o bramie do niego, którą kilka lat temu mieszkańcy ozdobili mozaiką z nasion, pestek i orzechów. Przedstawia chrześcijańskie i prekolumbijskie postaci w tradycyjnych strojach. Istne arcydzieło. Oczywiście z wyraźnym zakazem dotykania, ale ptaki chyba nie przeczytały informacji, bo mam wrażenie, że grupki brakujących nasionek to ich sprawka:)
    ~ * ~
    W tym momencie nie był to nawet półmetek, a już tyle pięknych miejsc widziałam. Nie wiedziałam co czeka mnie dalej, ponieważ była to niespodzianka, ale już wiedziałam, że będzie wspaniale i z przygodami.

    0 komentarze :

    Prześlij komentarz

     

    Etykiety

    RECENZJE (166) URODA (157) kosmetyki (150) KUCHNIA (79) DIY (75) KREATYWNIE (74) PRZEPIS (73) NOWOŚCI (63) koreańskie kosmetyki (39) deser (34)

    Prawa autorskie

    Nie zgadzam się na kopiowanie grafik, zdjęć i tekstów oraz publikowanie ich w formie elektronicznej lub drukowanej bez mojej wiedzy i zgody (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

    klub ekspertek

    Google+ Badge

    FACEBOOK

    MÓJ INSTAGRAM