• Instagram
  • wszystko co kreatywne!

    Strony

    MEKSYK - CUDOWNA WYPRAWA DO INNEGO ŚWIATA - NIEZWYKŁE MIEJSCA - STANY VERACRUZ, PUEBLA, GUERRERO


    ~ * ~
    * STAN VERACRUZ *
    Zupełnie inne doświadczenie klimatyczne niż Morelos. Nieprzyjemna, wszechobecna wilgoć, która oblepia wszystko i wszystkich, czasami nawet przeszkadza oddychać. Przytłacza i ziębi. W domach są zatem meble raczej skórzane niż tekstylne, ponieważ siadając na takiej sofie ma się wrażenie, że siedzi się na zimnej, mokrej gąbce (i że się lepi do skóry. Ble!). Coś strasznego. Wynika to bezpośrednio z faktu, że stan Veracruz  leży nad Zatoką Meksykańską. Soczyście zielone tereny, gęste mgły, stale padająca mżawka - przypomina wiosnę w Polsce:) Tutaj też możemy zapomnieć o widoku stereotypowych kaktusów, a raczej przygotować się na widoki niczym z Puszczy Białowieskiej:)

    XALAPA
    ~ VERACRUZ ~
    Nie powiem, że jest niczym las deszczowy, ale nie wyobrażam sobie większej wilgoci, mimo tak znacznego oddalenia tego miasta do wody. Krajobraz raczej pagórkowaty, przez co drogi są pod takim kątem nachylenia, że niejednokrotnie jadąc samochodem w dół, serce podchodziło mi do gardła i miałam ochotę podnieść ręce w górę i krzyczeć, jak na rollercoasterze:) Wbrew pozorom nie było to nic przyjemnego. Mieszkańcy mogą sobie pozwolić na takie skróty, z górki na pazurki, bo w końcu nie mają śniegu, nigdy.
    Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to jest decydowanie więcej patroli policji i armii oraz punktów kontrolnych. Wielokrotnie machali chorągiewkami (zjazd do kontroli) samochodom za i przed nami, ale nigdy nam. Jest jeszcze taka zasada, że jeśli przejeżdża się przez punkt kontrolny wieczorem/w nocy, trzeba zwolnić i włączyć światło przy kierowcy, żeby było widać kto siedzi wewnątrz (tzn. nie mamy nic do ukrycia), wtedy nie zatrzymują. Wspomnieć też należy, że tutaj policja/armia/siła cywilna zawsze ma ręce na broni (karabiny i broń maszynowa) i stoją za barykadą zrobioną z worków, chyba z piaskiem, ale nie sprawdzałam:) Z czasem można się do tego widoku przyzwyczaić. Tak jak i do jeżdżących  pick-up'ów z ramą na pace i stojącymi w niej policją/armią/służbą cywilną z karabinami skierowanymi w twoją stronę. Taka rzeczywistość. A wszystko to wynika z faktu, że akurat w tym mieście mieszka szef jednego z karteli  - bodaj 'Setas' (nieco inaczej się pisze, ale tak czyta. Zabieg celowy:), więc spięć miedzy kartelowych jest tu znacznie więcej. Jak dzieci w piaskownicy, walczą o władzę nad zabawkami między sobą.

    VERACRUZ
    ~ VERACRUZ ~
    Miasto położone nad brzegiem Zatoki Meksykańskiej, którego głównym i najważniejszym elementem jest port. Ze względu na nieustannie wiejący od strony zatoki wiatr nie odczuwa się wilgoci tak bardzo jak w Xalapa. Samo w sobie nie jest szczególnie wyjątkowe pod względem wyglądu, urbanistyki ani architektury, ale wrażenie robią dwa dominujące w krajobrazie elementy: stara twierdza wybudowana w całości z bloków ciętej rafy koralowej (wandale!), będąca nigdy niezdobytą przez wroga fortecą, a w późniejszych latach więzieniem dla największych przeciwników politycznych i przestępców oraz przeogromny port z potężnymi statkami, nieskończoną ilością kolorowych kontenerów z całego świata i długimi rzędami dźwigów przeładunkowych. Co ciekawe ten nowoczesny port zaczyna się już jakieś 10 m od murów zabytkowej twierdzy, przytłaczając ją wizualnie ścianą kilkunastu kontenerów jeden na drugim.
    Port Veracruz
    PUEBLA
    ~ PUEBLA ~
    To chyba największe rozczarowanie. Niby piękne architektonicznie miasto, urocze uliczki schowane w cieniu licznych drzew rosnących pośrodku długiego deptaku i na centralnym skwerze miasta, a jednak potwornie nieatrakcyjne. Chłód cienia od kilkunastometrowych drzew pełnych kwiatów, daje przyjemną ulgę od upału dnia. Mieszkańcy siedzą na ławkach, jedzą lody, słuchają muzyki płynącej z katarynki, a na wietrze unoszą się setki balonów w przeróżnych kształtach. Dookoła skweru arkady pełne stolików restauracji, serwujących niestety bardziej amerykańskie aniżeli tradycyjne dania kuchni meksykańskiej. Największą porażką jest jednak zasypanie Puebli toną chińskich produktów. Zamiast meksykańskiego rękodzieła, szczekające pieski na baterie, migające, samo-skaczące piłki, nielegalnie kopiowane filmy na dvd, głośne salony z automatami do gier i jedna cantina (czyli miejsce z wstępem tylko dla idio..., tzn. mężczyzn:). Do Puebli mam szczególny sentyment, ponieważ odrestaurowane termy miejskie w połączeniu z nowoczesną architekturą utworzyły razem wyjątkowy hotel La Purificadora, który stal się ważną inspiracją dla mojego dyplomu. Niestety po 6 latach widać, że czas odcisnął na nim swoje piętno. Po takim spacerze porządnie zgłodnieliśmy, a żeby znaleźć tradycyjne dania z tego regionu musieliśmy się jeszcze dodatkowo nachodzić. Po dziesiątym zapytaniu o drogę do restauracji z pochodzącym z tego właśnie miasta Mole Poblano (mięso, najczęściej kurczak, w ciemnym, aromatycznym sosie z cacao i różnego rodzaju chilli), nasza radość ze znalezienia była tak duża, że nie zauważyliśmy, że zrobiono nas, delikatnie mówiąc, w balona, bo zapłaciliśmy niemal podwójnie. Mówi się trudno. Później już zwracaliśmy większą uwagę na realność kwoty na rachunku. Podsumowując, można powiedzieć, że poczułam się przez Pueblę oszukana. 
    Centrum Puebli, La Purificadora, Kopuła katedry, cantina
    TEOTIHUACAN
    ~ MEXICO ~
    Dotarcie tutaj na własna rękę to nie lada wyzwanie. Żadnych tablic z nazwą 'Teotihuacan', jedynie1 km przed samym kompleksem strzałki na 'Piramidas'. W obrębie miasta Meksyk chaos informacyjny, wykluczające się informacje, a na każdym kroku trzeba płacić za przejechanie bramek. A i tak mimo mapy i czujności 10 razy zgubiliśmy drogę, 50 razy o nią zapytaliśmy, w konsekwencji jechaliśmy na czuja. I takie trudności były w obie strony. Już jak dotarliśmy byłam zupełnie wyczerpana psychicznie, od upału i nadmiaru informacji.
    Chwila wytchnienia i możemy zwiedzać. Jak prezentuje się Teotihuacan - miejsce, w którym ludzie stają się bogami:)? Olbrzymie założenie miejskie kultury prekolumbijskiej, oparte na dwóch głównych arteriach, w tym tej najważniejszej: Alei Zmarłych o długości ok 2km, ze stojącą przy niej Piramidą Słońca oraz na jej końcu Piramidą Księżyca. Niestety piramidy zrekonstruowane są z użyciem betonu, podobnie jak pałac w Knossos na Krecie. Nie wierzę, że kiedyś każdy stopień świętej piramidy miał inną wysokość i szerokość, a boki piramidy kilkukrotnie na odcinkach prostych zmieniały kąty nachylenia. Niestety w tym momencie współcześni nic z tym nie mogą zrobić, proces jest nieodwracalny, a niedbalstwo z poprzednich pokoleń kole w oczy. Jakie wrażenia? Tłum turystów i wycieczek szkolnych nie mających za grosz kultury. Drą się, wrzeszczą, popychają się i spychają. Mnie wychodzenie na Piramidę Słońca, gdzie miejscami moja stopa, i to na palcach, ledwo się mieściła na stopniach, nie sprawiało trudności. Schodzenie natomiast po tych samych stopniach, widząc ten kąt nachylenia (jak nic, ściana była niemal pionowa), to już zupełnie inna bajka. Nie można powiedzieć, że niczym kozica w mgnieniu oka przemieszczałam się w górę i w dół. Schodząc z największej piramidy kolana zaczęły mi się trząść, zaschło mi w gardle i zrobiło się jakoś gorąco. Nie dałam po sobie nic poznać, ale nie ukrywam, że burza która rozpętała się w momencie, kiedy postawiłam pierwszy krok na szczycie, przyspieszyła decyzję o zejściu. Nie powiem, że znowu popisałam się sprytnym doborem garderoby: krótka sukienka i japonki, przy wietrze, deszczu i śliskich kamieniach:D A chciałam tylko ładnie wyglądać na zdjęciach:D Co mnie jeszcze irytowało to zaborczy sprzedawcy pamiątek wątpliwej jakości (pamiątki, nie sprzedawcy:), którzy osaczali i starali się wcisnąć wszystko wszystkim. Bardzo denerwujące, pamiętam, że w Egipcie było podobnie. Spacerowało się jednak miło, długo, a pod koniec tych dwóch kilometrów traciłam oddech, dlatego na Piramidę Księżyca niemal się wczołgałam. Nie da się jednak ukryć, że Teotihuacan to punkt obowiązkowy na trasie każdego turysty w tej części Meksyku i powinno się doświadczyć potęgi i rozmachu, z jakim budowano w erze prekolumbijskiej w tej części Ameryki Środkowej.
    Piramida Słońca, Piramida Quetzalcoatla (Pierzastego Węża),
    panorama Cytadeli, widok na Aleję Zmarłych z  Piramidy Księżyca
    TAXCO
    ~ GUERRERO ~
    Najładniejsze, najbardziej urokliwe miasteczko jakie widziałam w Meksyku. Założone i zamieszkane przez wydobywców srebra, jest jakby zupełnie niezmienione od czasów kolonialnych. Wąskie uliczki niejednokrotnie biegną pod przerażającym kątem (jak w Xalapa, bo miasteczko usytuowane jest na zboczu wzgórza) żwawo zjeżdżając do samej doliny. Zupełnie niesamowitym zjawiskiem jest fakt, że większość aut w tym miejscu to stare Volkswageny Beetle, co potęguje efekt nierealności. Są nimi również białe taksówki bez przedniego siedzenia pasażera, z drzwiami od jego strony zamykanymi na sznureczek przez kierowcę. Słowa nie oddadzą emocji towarzyszących jeździe taką surrealistyczna taksówką po wąziutkich ulicach o tak absurdalnym nachyleniu,  w cztery osoby na trzyosobowej kanapie i to jeszcze po kilku napojach rozweselających, po mieście, które nie chce spać. Niezapomniana przejażdżka. Nie wiem czy na trzeźwo byłaby równie zabawna:)
    W tak małym miasteczku, można się domyślić, że wiele osób może być ze sobą spokrewnionych. Ale to jak wpadliśmy na cały dzień w sidła pewnej rodziny może wydawać się nieprawdopodobne. Otóż będąc w miejscu słynącym z kopalń srebra, nie mogliśmy nie zajrzeć do sklepu pełnego wyrobów z tego właśnie kruszcu (no dobrze, to ja byłam prowodyrem). Choćby tylko, aby pooglądać pierścienie z zatopionymi skorpionami, srebrne ostrogi, stosy łyżeczek, setki kolczyków i łańcuszków o przeróżnych walorach estetycznych oraz niesamowicie tandetne figurki mdlejących kobiet i klaunów. Nie jestem miłośniczką srebra, nie lubię tekstury tego metalu i złości mnie jak śniedzieje. Akurat w tym dniu nie miałam na sobie ni krzty biżuterii, dlatego że upał sprawia, że wszelkie ozdoby niemiłosiernie mi ciążą. No i tego ci wszyscy sprzedawcy, niezwykle utalentowani w sztuce handlu, nie mogli zrozumieć. Ubawiłam się nieco, ponieważ zdaje się, że biorą za punkt honoru, aby każdy coś właśnie u nich kupił. No niestety ja nie ulegam niczyim wpływom, jeśli kłuci się to z moją naturą. W tym przypadku tak właśnie było, i mimo moich bardzo uprzejmych sprzeciwów, niemal doprowadziłam ich do rozpaczy. Pocieszeniem mógł być jednak fakt, że moi towarzysze już tak asertywni nie byli i znaleźli okazy, które ich zachwyciły. Pierścionek, bransoletka i przyczajona na kamieniu iguana znalazły w nich właścicieli w ekspresowym tempie. Sprytnym posunięciem w negocjacjach cenowych jest oczywiście zmiękczenie serca i silnej woli klientów, najlepiej za pomocą alkoholu. Metoda stara jak świat. W Taxco strumieniami leje się mezcal. Coś w rodzaju naszego bimbru, ponieważ najlepszy jest produkcji domowej, wyrabiany z kaktusa (jednego z gatunków agawy), o zawartości procentowej ok 35%. Niby niewiele, ale już po dwóch szklaneczkach świat wydaje się bardziej beztroski, a mój uśmiech, jak nigdy dotąd, czułam, że sięga od ucha do ucha. Oczywiście nie jest to nic złego, nikogo nie spijają do nieprzytomności, po prostu umilają czas na oglądaniu asortymentu sklepu. I nagle wszystko staje się tam piękniejsze. Ja nadal zostałam niewzruszona. Zatem jeden z nich wpadł na świetny pomysł: 'moja żona ma swój sklep tuż za rogiem, tam na pewno coś się Państwu spodoba!'. I już byliśmy na drodze do sklepu żony ze szklaneczką mezcala w jednej i puszką zimnego piwa w drugiej ręce. Panowie sprzedawcy machali nam na odchodne. 20 m dalej dotarliśmy razem z panem mężem do celu. Asortyment był oczywiście identyczny co w poprzednim sklepie. Uprzejmie obejrzałam wszystko, kilkukrotnie wyraziłam zachwyt, ale wykreciłam się nie moim gustem. Ledwo zdążyłam to wypowiedzieć, a kątem oka dostrzegłam MojąDrugąPołówkę kupującego różaniec z czystego srebra, oczywiście ze specjalnym rabatem. Pan mąż wyraźnie się ożywił i zaproponował wizytę w sklepie swojego wujka, oczywiście tuż za rogiem. Ja miałam mieszane uczucia, ale generalnie czułam się tak lekko i beztrosko, że w mgnieniu oka znalazłam się w kolejnym punkcie docelowym. Pomieszczenie różniło się od poprzednich,  nie było tak zagracone, na półkach leżało tylko kilka masywnych garniturów biżuteryjnych ze szczerego srebra próby 950 z dodatkiem kamieni szlachetnych. Jeden z nich, zdobna kolia+bransoleta+kolczyki z dodatkiem turkusów wystawiona była przed reprodukcją autoportretu Fridy Kahlo. Zaciekawiło mnie to i spytałam o powiązanie obu tych obiektów. Kiedy ja z uwagą słuchałam tej grubymi nićmi szytej opowieści o dokładnej kopii ulubionej biżuterii malarki, jeden z moich towarzyszy z partnerką negocjował już cenę kompletu, ku jej szczerej radości. Dwie kolejne szklaneczki mezcala oprożniliśmy raz dwa, pośmialiśmy się co nie miara, aż mnie mięśnie brzucha tak bolały, że nie mogłam oddychać. Karta, podpis i kolia+bransoleta+kolczyki dumnie spoczywały w futerale w rękach zachwyconej kobiety:) Pan mąż oczywiście nadal nam towarzyszył, i kiedy otwierał usta, już miałam zaprotestować, że nigdzie nie idę, ale on uprzejmie przypomniał, że za 20 minut rozpoczyna się mecz Meksyk-Paragwaj. Odetchnęłam z ulgą, a wtedy z nienacka: 'Mój ojciec ma tu wspaniałą restaurację z transmisją meczu':D Czy mnie to zdziwiło? Nie, nie w takim stanie. Niemniej jednak miejsce było cudowne, do którego dotarliśmy kilkoma biegami ukrytych schodków. Naszym oczom ukazało się kilka tarasów ze stolikami usytuowanymi nad dachami miasteczka ze wspaniałym widokiem na katedrę, plac i panoramę całego Taxco. Dzień pełen wrażeń, zwieńczony dobrym jedzeniem i wygraną narodowej reprezentacji Meksyku:)
    Sklep z wyrobami ze srebra, uliczki Taxco, panorama miasta,
     widok z hotelu na katedrę w dzień i w nocy, nasz kolonialny hotel
    ACAPULCO
    ~ GUERRERO ~
    Oaza lenistwa. Plaża, piasek, woda. Czego chcieć więcej? Wystarczy znaleźć wolny leżak i rura do wody:) Fajny kurort, jednak jest chyba nieco przereklamowany. Przede wszystkim jest niewielki, kilkanaście hoteli stojących wzdłuż wybrzeża, fakt - wysokie na dwadzieścia kilka pięter, wodny park rozrywki i kilkanaście klubów i dyskotek. Planując wakacje w tym miejscu (nie wiem czy w innych kurortach też tak jest) należy wziąć poprawkę na standardy. Cztery gwiazdki w Acapulco to myślę, że ledwo trzy w innych częściach świata (Wyspy Kanaryjskie, Kreta, Włochy). Niestety nie uświadczymy suszarki ani żelazka na wyposażeniu pokoju hotelowego. Niby nic, bo włosy wyschną w gorącym powietrzu, ale no wymodelować się już nie idzie:)
    Od początku pobytu nastawiona byłam na próbowanie wszystkich tradycyjnych potraw. Na plażach Acapulco jest wiele osób, które sprzedają wiele rzeczy. Żywe małże i ostrygi, tacos, empanadas, churros czy camarones (krewetki). Ale było jedno żyjątko, którego nie zdecydowałam się spróbować. Jeżowiec! Przynosili jednego lub dwa, właśnie złowione, w wiadrach ze słoną wodą. 70 pesos za jednego to nie mało, ale to podobno afrodyzjak. Tiiiia! Mhm! Ale proszę bardzo. Miałam okazję zobaczyć jak się taki rarytas przygotowuje. Wrażliwym osobom odradzam dalsze czytanie:D Jeszcze żywemu odcina się spodnią część muszelki, zeskrobuje część kolców, potem nożem wybiera części niejadalne (nie pytałam które, nie chciałam wiedzieć), potem wszystko tym samym nożem miesza i powstałą żółtą miksturę doprawia sosem chilli oraz sokiem z limonki. A potem już tylko rureczka i pijemy. Wypicie zajmuje jakiś ... ułamek sekundy, bo to taka 'wielka' ilość. Po wypiciu słyszałam tylko wyraźne mlaskanie okraszone komentarzem: 'Que rico' (jakie pyszne!). No nie wiem...nie wiem.
    Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o incydencie, którego sama byłam winna. Udział w nim wzięła: duża, wredna fala, żwirek na styku dna morza i hotelowej plaży, pewna motorówka i oczywiście ja. Skakałam sobie beztrosko po falach, w odległości około 3 m od brzegu, dalej nie wolno było (mam wrażenie, że rekiny mają z tym coś wspólnego), kiedy zupełnie niespodziewanie pewna fala wywołana przez przepływającą motorówkę bez pytania porwała mnie i przeciągnęła po żwirku z potłuczonych muszelek, który beztrosko zdarł mi skórę od kolana po górną część lewego biodra. Wyszłam z wody, stanęłam by ocenić skalę zniszczeń, kiedy zupełnie znienacka pojawiła się krew i już wiedziałam, że nie jest zabawnie. Okryta ręcznikiem udałam się do pokoju, wypłukałam tony piasku i żwirku jaki fala napchała mi pod kostium i oczyściłam ranę. Niemniej jednak przez klimat i częste kąpiele, których nie byłam sobie w stanie odmówić, rana nie zagoiła się tak szybko, jakbym sobie życzyła. Dopiero w Polsce, pod wpływem czystego kolagenu dostała kopa i teraz prawie nie ma po niej śladu.
    Plaża, palmy:) jeżowiec w trakcie przygotowań, owoce morza
    Czymże byłyby wakacje bez przygód. Ja wybawiłam się wybornie, odpoczęłam, pozwiedzałam i poszalałam. Meksyk jest zupełnie inny niż Polska, Europa. Rzeczywistość w moim mniemaniu zahacza o granice absurdu. Nie należy jednak go oceniać na podstawie doniesień prasowych, ani opinii ludzi będących tam na wycieczkach zorganizowanych, ponieważ oni nawet nie mieli szans doświadczyć tego, co tam jest prawdziwe, co jest codziennością mieszkańców. Wiele przeżyłam, i w dalszych postach opiszę sytuacje zabawne, przykre, zaskakujące i te wynikające z mojej naiwności. Ale z pewnością będzie interesująco:)
    ~ * ~
    Wszystkie przedstawione w tym poście informacje są wyłącznie moimi prywatnymi przemyśleniami i spostrzeżeniami z podróży do Meksyku. W kilkanaście dni przesiąkłam atmosferą tego pięknego kraju, ale też poznałam jego okrutną stronę. Wzięłam udział w wielu zabawnych sytuacjach, ale też kilku nieprzyjemnych i mrożących krew w żyłach.  Meksykański /hiszpański znam ze słuchu, rozumiem większość i bez problemu się dogaduję, czasami braki w słownictwie uzupełniałam gestami, aby łatwiej znaleźć słowo, jednak zdaje sobie sprawę z tego, że nadal robię dużo błędów. Miejscami wychodziła moja naiwność związana z próbą wykorzystania standardowych zachowań stosowanych w Polsce w realiach Meksyku.

    0 komentarze :

    Prześlij komentarz

     

    Etykiety

    RECENZJE (166) URODA (157) kosmetyki (150) KUCHNIA (79) DIY (75) KREATYWNIE (74) PRZEPIS (73) NOWOŚCI (63) koreańskie kosmetyki (39) deser (34)

    Prawa autorskie

    Nie zgadzam się na kopiowanie grafik, zdjęć i tekstów oraz publikowanie ich w formie elektronicznej lub drukowanej bez mojej wiedzy i zgody (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

    klub ekspertek

    Google+ Badge

    FACEBOOK

    MÓJ INSTAGRAM