• Instagram
  • wszystko co kreatywne!

    Strony

    MEKSYK - CUDOWNA WYPRAWA DO INNEGO ŚWIATA - ANEGDOTY I FILMIKI


    Już na samym starcie, tzn. przy okazji pakowania, zastanawiałam się nad kilkoma istotnymi dla mnie kwestiami organizacyjnymi. Jak każda kobieta powinnam zabrać w podróż tony kosmetyków, ale w przypadku ograniczenia ilości bagażu na rzecz przyszłych pamiątek postanowiłam, że ograniczę potrzeby do minimum. Zakupiłam miniaturki swoich niezbędników, resztę przelałam do podróżnych pojemniczków. Wzięłam zatem swoją standardową pielęgnację oraz podstawowe kosmetyki do makijażu. Jak wielką naiwnością było wzięcie chociaż by i kremu BB, który zapewne przy 34stC spłynął by w ciągu 2 minut; albo intensywnych szminek, które w obliczu pocenia się twarzy były raczej kiepskim pomysłem. Śmiać mi się też chciało z siebie, kiedy jeszcze w Polsce szukałam idealnego kremu do moich bardzo suchych dłoni, no bo przecież tam mi się zupełnie na wiór wysuszą. Przez cały wyjazd miałam nieustannie wilgotne ręce od potu, bo tak skóra broniła się przed słońcem, no i kremu nawet nie otworzyłam. Miało to też swoją dobrą stronę, ponieważ moja z natury sucha cera nagle dostała wodnego kopa (spokojnie piłam kilka litrów wody z marakui dziennie) i była w świetnej formie. Żadnych niedoskonałości, zero suchych skórek. Piękna i promienna. Po powrocie niestety wszystko wróciło do 'normy':(

    Nie ma to jak 'biały' w Meksyku. Nie chodzi nawet o kolor skóry, ale o ogólnie pojęte zagubienie w latynoskiej kulturze, czyli niekiedy porażka na całej linii. Ja miałam to szczęście, że w razie wcięcia/zawahania/wtopy, miałam kogoś, kto mnie uratował i wyjaśnił o co kaman:D

    video
    PYTANIE W TLE: CZY TO JEST JAKAŚ REKLAMA?
    NIE, POKAZ SZTUKI CYRKOWEJ, MASZ DAJ MU 10 PESOS.

    WYCIECZKI GÓRSKIE
    W mojej rodzinie dużo chodzi się po górach. Jak tyko stopnieje śnieg i bezpieczeństwo pozwala, natychmiast ruszmy na szlaki. Z całej rodziny to chyba ja jestem najmniej entuzjastyczna, bo leniwa, ale kilka razy w roku chętnie biorę udział w rodzinnych eskapadach. W Meksyku jest dużo gór. Zatem grzecznie zapytałam, czy mieszkańcy często chodzą na wycieczki górskie żeby się dotlenić, chociażby i na te wzgórza co mają prawie w ogródku. Cisza. Odpowiedź: 'Istnieje możliwość, że moglibyśmy nie wrócić'. Dlaczego? 'Bo tam żyją pumy i jaguary, nie wspominając o skorpionach i grzechotnikach'. Ok. Zrozumiałam:)

    DLACZEGO DOMY W PUEBLACH NIE SĄ KOLOROWE?
    Będąc w kilku miastach widziałam bajecznie kolorowe ulice z kamienicami pomalowanymi we wszystkie kolory tęczy. Dlatego zastanawiało mnie dlaczego na wsi, dom pomalowany jest przeważnie z zewnątrz oraz wewnątrz wyłącznie na biało. Zapytałam, czy nie można by dodać nieco koloru także pueblom. 'No nie bardzo, bo w mieście raczej nie ma skorpionów, a na białych ścianach są doskonale widoczne i od razu można je unicestwić'. Mmmm...ok. Od tej pory sprawdzałam kołdrę przed pójściem spać.

    5 PESOS W PORCIE VERACRUZ
    Spacerowaliśmy promenadą w porcie Veracruz, kiedy dostałam do ręki 5 pesos z nakazem wrzucenia do wody. Mruknęłam tylko, czy nie lepiej symbolicznie, 1 peso, ale zobaczyłam tylko uśmiech. Szybko zatem pomyślałam życzenie, zamachnęłam się niczym rasowy, baseballowy miotacz - bo przeważnie w fontannach nie ma możliwości do rzutów w dal, i już miałam wysłać monetę w pobliże przepływającego w znacznej odległości frachtowca, kiedy za uchem usłyszałam: 'tylko nie da-le-ko od brze-guuuuu!!! No i moneta wyślizgnęła mi się z ręki, nie poleciała gdzie chciałam, ale jakieś 5 m od brzegu. I wtedy ni stąd ni zowąd, z szybkością błyskawicy, pojawił się półnagi, mokry, przystojny młodzieniec, który wskoczył do wody i po chwili z dumą zaprezentował moją monetę. Ot taka tradycja i zwyczaj. Sekundę potem rozejrzałam się i zobaczyłam sześciu takich poławiaczy i wrzucających im do wód portu turystów monety. No dobrze, że moneta nie poleciała tam, gdzie miała, bo musiałby się nieźle namachać i natrudzić;) W każdym bądź razie wszyscy mieli niezły powód, żeby się ze mnie nieco ponabijać, a mnie najnormalniej w świecie było wstyd, bo z niewiedzy, kazałam in drałować dwa razy dalej niż inni. No cóż. Ten talent miotacza:)

    Pewna lodziarnia w Veracruz, bardzo znana, z bardzo długą tradycją wytwarzania lodów jeszcze za czasów kolonialnych. Bardziej sorbetów, bo na wodzie i owocach, aniżeli śmietanie. Żeby ją znaleźć, należy podążać szlakiem dźwiękowym, panów wykrzykujących w zawrotnym tempie: 'wero, wera', czyli 'blondyn, blondynka' co jest pewnym rodzajem określenia białych ludzi. Lody były pyszne, mega owocowe. Ja uwielbiam próbować nowe smaki, ale w rozsądnej ilości, dlatego mój wybór padł na nieznaną mi guanabanę (chyba tak się odmienia:) i ulubione mango. Pycha:)!

    Najstarsza i najlepsza kawiarnia La Parroquia de Veracruz, i najlepiej klimatyzowana, w środku było z 10stC, więc wybrałam wolność i stolik na zewnątrz w 30stC. Moi towarzysze zamówili kawę. Pan kelner przyniósł na wielkiej tacy wysokie szklanki, wlał naparstek kawy i sobie poszedł. Z zaciekawieniem przyglądałam się co będzie dalej. Za chwilę MojaDrugaPołówka i reszta zaczęli tłuc się łyżeczkami o te szklanki. Tu rozgorzała moja ciekawość i nerwowo zaczęłam poszukiwać komórki, żeby nakręcić ten osobliwy rytuał. W międzyczasie przydreptał inny kelner niosąc dwa wielkie, parujące czajniki z mlekiem, jednym zgrabnym ruchem zawiesił wielki czajnik nad szklanką, z niebezpiecznie wysokości trafił do szklanki i naturalnie spienił mleko:) Udało mi się nakręcić uzupełnianie ostatniej szklanki. Stukanie nie ustawało do momentu, aż mleko miało płynąć, potem sprytne zakończenie i rasowa kawa w towarzystwie Flan Napolitano (tradycyjny i bardzo słodki deser) cieszyła nas w cudowne przedpołudnie. Ja spojrzałam na swoją herbatę mrożoną i pomyślałam, że też mogliby coś ciekawego wymyślić :D
    video
    video

    AMERICA - VERACRUZ
    Wyobrażacie sobie przeżyć derby Krakowa siedząc w koszulce Wisły w sektorze Cracovii, albo na odwrót. No ale kto powiedział, że w Meksyku jest tak samo. Mecz: America - najlepsza drużyna Meksyku z Veracruz - nie najlepsza drużyna.
    Po spędzeniu kilku dni w Morelos z temperaturą 34stC, jadąc do Xalapa nie wpadłam na to, że tam temperatura może być nieco inna. Spakowałam się na trzy dni, zabierając wszystko za wyjątkiem bluzy/swetra i tenisówek. Ubrana w krótkie spodenki, bluzkę na ramiączkach i japonki dotarłam do pogrążonego w mżawce Veracruz z temp. 16stC. W mojej sytuacji nie było mi do śmiechu, dlatego z entuzjazmem przyjęłam propozycje zakupu bluzy. Wszystkie stoiska przed stadionem proponowały 'oryginalne' bluzy Nike obu drużyn. Ja wybrałam tą w modnym w tym sezonie kolorze jasnożółtym z jak najmniejszą ilością klubowych naszywek. No nie pomyślałam, że w tym momencie stałam się kibicem America. Nie rozumiałam, dlaczego na meczu musimy być 3 godziny wcześniej. Na miejscu okazało się, że nie ma krzesełek, a jedynie betonowe stopnie, w 95% już zajęte. Z trudem udało nam się zająć jedne z ostatnich miejsc w tym sektorze, ale z początku 'komfortowe' miejsca z czasem zaczęły się kurczyć. Nieustannie dochodzące osoby za wszelką cenę próbowały wcisnąć swoje nierzadko tłuste zadki w niewielkie przestrzenie między siedzącymi kibicami. Na dwie godziny przed rozpoczęciem meczu miałam dość. Moi towarzysze byli w swoim żywiole, kiedy to za każdym razem, kiedy mijał nas jakiś sprzedawca przekąsek, kupowali platanitos, papas, nasionka, ziarenka czy queso (ser, coś w rodzaju mozarelli), a wszystko skąpane w sosie chilli i soku z limonki. Kiedy w pewnym momencie setna osoba przechodząca przede mną popatrzyła na mnie w ten dziwny sposób stwierdziłam, że to przez mój porcelanowy odcień skóry, ale dla pewności rozejrzałam się po sektorze. Serce na chwilę mi się zatrzymało, bo z przerażeniem stwierdziłam, że jestem jedynym żółtym punkcikiem w czerwonym morzu. Myślę, że tłumaczenie aktualnie panujących w modzie trendów, nie spotkało by się ze zrozumieniem. Podczas meczu, przy każdym golu Veracruz, na trybunach padał piwny deszcz. Taki sposób świętowania dawał spektakularny efekt, bo rewelacyjnie było to widać na sąsiednich sektorach, natomiast  fakt, że i ja byłam cała mokra od piwa, nie był już tak zabawny. Niestety nie podzielając radości z wygranej 4:0 dla miejscowego klubu, pragnę zaznaczyć, że zapasy piwa nie kończyły się tak szybko, i cztery razy byłam mokra, jakbym się w tym piwie wykąpała. Tuż przed końcem meczu, z racji bezpieczeństwa, postanowiliśmy się wymknąć. Można sobie wyobrazić, jak niechętnie nas przepuszczano do wyjścia, ale kilkadziesiąt osób z kpiną na ustach machało mi krzycząc 'Adios'. Uśmiechałam się najładniej jak umiałam i wyszliśmy. Moi towarzysze z podziwem w oczach oznajmili, że tylko ze względu na mój kolor skóry i akcent nie skopali nam tyłka. Z entuzjazmem zapytałam zatem, co by było, gdyby Veracruz przegrało:)? Pobledli i zaprosili mnie na najlepsze w mieście tacos:)

    video 
    EUFORIA PRZED SPOTKANIEM
    video 
    PRZEKĄSKI PODCZAS MECZU
    video 
    PIWNY DESZCZ

    TOR PRZESZKÓD W DRODZE NA LOTNISKO
    Wiele w życiu przygód spotkało mnie na lotniskach tego świata, ale ten łańcuszek nieszczęść, jakie spotkały mnie w drodze na lotnisko Benito Juarez Mexico City przebiło wszystko inne. Wszystko zaczyna się od chęci  zobaczenia centrum Mexico City, i decyzji o wyjeździe 7 godzin przed odlotem. Pragnę podkreślić, że dojazd na lotnisko z Cuarnavaca w normalnych warunkach zajmuje około 1,5 godziny. Po 20 minutach jazdy zepsuła się w samochodzie skrzynia biegów. Postanowiono, że nie zmienimy samochodu, tylko spróbujemy naprawić usterkę u mechanika, bo przecież to na pewno coś małego. Po diagnostyce okazało się, że to jedna z kosteczek, coś tam, a gdzieś tam, nie wiem nie znam się. Ok. Wymontowali, pojechali kupić część, wrócili zamontowali - 1 godzina. Nie działa. Postanowiono zrobić kolejną diagnostykę, tym razem wykazała zepsuty sensor. Wymontowanie sensora, wyprawa po nowy, powrót i wmontowanie nowej części -1 godzina. Nie działa. Zaczęłam się nieco stresować. Postanowiono w demokratycznym głosowaniu, że nie ma sensu czekać, lepiej jechać na lotnisko bo nigdy nic nie wiadomo. Zatem ja i MojaDrugaPołówka wsiedliśmy w taksówkę i udaliśmy się na dworzec autobusowy. Następny autobus na lotnisko za godzinę. Ponieważ było późno, postanowiliśmy pojechać taksówką międzymiastową. Wszystko było by w porządku, gdyby nie oberwanie chmury, które dopadło nas tuż przed wjazdem do miasta. No i drogi zamieniły się w potoki i wszystko stanęło. Mimo tego, że dzień wcześniej dokonałam boardingu i bagaż mogłam oddać na godzinę przed odlotem, zaczęłam się nieco niepokoić. Do lotniska było jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, a my staliśmy w korku, spowodowanym zalanymi tunelami już 2 godziny. Po kolejnej godzinie zaczęły mi się już trząść ręce i nogi. Bilet nie był tani, i mimo zapewnień MojejDrugiejPołówki, że pewnych rzeczy się ani nie przewidzi, ani nie przeskoczy i najwyżej kupimy bilet na następny samolot, nie mogłam się uspokoić. Trzy godziny do odlotu, a my wciąż jesteśmy w szczerym polu, korek nie bardzo posuwa się do przodu, a ja się rozklejam i załamałam. Mimo wsparcia mojego partnera nie byłam w stanie powstrzymać łez i roztaczać czarnych wizji odlatującego beze mnie samolotu. Czas ciągnął się niemiłosiernie. Po kolejnych, długich 2 godzinach niewiele do mnie docierało. Nadzieja na sukces pojawiła się, kiedy po przejechaniu któregoś z kolei tunelu nagle zrobiło się pusto. Wtedy to w 20 minut taksówkarz lotem błyskawicy pokonał ostatnie kilometry, z piskiem opon zajechał pod odpowiednie drzwi (na lotnisku w Mexico City terminal jest podzielony na linie lotnicze, z których każda ma swoje indywidualne wejście) i pobiegliśmy do stanowiska odprawy Lufthansy. Panie stewardesy z latynoską opieszałością spojrzały na mnie w stylu: 'skąd ten pośpiech, pali się?' i przyjęły mój bagaż na 35 minut przed odlotem samolotu. Ale to jeszcze nie wszystko, przecież jeszcze kontrola paszportowa i osobista. Najbardziej żałuję, że nie mieliśmy czasu na to, żeby się porządnie uściskać (przeważnie zabiera nam to trochę czasu), w tle słyszałam grzmoty. Będąc nadal w letargu nie wiedziałam, czy nie zamkną mi drzwi samolotu przed nosem, więc szybko pobiegłam w kierunku kontroli. Jak pokonywałam kolejne metry słyszałam wzrastającą siłę burzy. Dobiegłam, ustawiłam się w kolejce do odprawy, kiedy na zewnątrz co chwilę się błyskało. Niemal co 10 sekund. W pewnym momencie coś dużego przeleciało po drugiej stronie wielkiego okna. Zmieszany pan steward wykonał telefon. Po chwili wyszedł na środek sali i zaczął: 'Niestety z powodu szalejącej bu... (w tym momencie piorun uderzył w płytę lotniska bezpośrednio przed naszym oknem, ale w pewnym oddaleniu)...rzy lot zostanie nieco opóźniony. Niestety dla mnie nie była to dobra wiadomość, bo we Frankfurcie miałam tylko 1,5 godziny zapasu na przesiadkę. Niemniej jednak po 2 godzinach burza przeszła, a samolot bezpiecznie odleciał. Przez następne kilka godzin spałam jak zabita. Kiedy samolot wylądował na lotnisku we Frankfurcie była 16:10. Wspomnieć jednak należy, że samolot  do Krakau:) miał odlecieć o 16:00. Wysiadłam z samolotu i udałam się bezpośrednio do pracownicy Lufthansy z tabletem, informującej o ewentualnie czekających samolotach i przebukowaniach. Kiedy się dopchałam z sukcesem jako trzecia, okazało się, że umieszczono mnie w samolocie o 21:50. Pomyślałam: o nie, nic z tego, nie będę tyle czekać. Spojrzenie na tablicę, lot opóźniony do 16:35. Szybka decyzja, spróbuję. Należy także przytoczyć w tym momencie jak wyglądałam: tak, miałam tenisówki, więc do biegania spoko, ale oprócz tego torebkę ważącą spokojnie 6 kg, siatkę z obrusami i kamionkowymi misami kolejne 6 oraz kapelusz na głowie. Ponieważ na lotnisku FRA byłam już siedem razy, dość dobrze je znam. Wiem, że z terminalu D musiałam zbiec klatką schodowa kilka poziomów niżej do długiego tunelu, przebiec na szybkich chodnikach pod terminalem C i B, potem klatką schodową wybiec kilka poziomów w górę po terminalu A, przejść kontrolę paszportową i osobistą i dobiec na koniec terminalu do bramki A68. Na wszystko w najlepszym razie miałam 25 minut. Ok. Ruszyłam z kopyta, chociaż szans na powodzenie nie było zbyt wiele. Było mi gorąco i ciężko. Najbardziej przebierałam nogami przy kontrolach, a celnicy mieli ze mnie niezły ubaw. Przy gate A32 zrobiło mi się słabo, ale wyciąganie komórki i kontrolowanie czasu było by jego stratą, stwierdziłam że jeszcze 100 m i będę w domu. Dopadłam wyjścia, nie było już żadnego pasażera. Zziajana podałam swój paszport. Nie mogłam wykrztusić słowa. Stewardesy poinformowały mnie, że odprawa została zakończona. Prawie się popłakałam, wyjaśniłam stanowczo, że to nie moja wina, że samolot z Meksyku się spóźnił, że dlaczego ja mam za to płacić/cierpieć, skoro dobiegłam. Ponieważ taka postawa nie przynosiła efektów, postanowiłam przyjąć postawę mojej mamy, uprzejma acz rozpaczliwa: bardzo proszę:) Zlitowały się, podzwoniły, wydrukowały kartę pokładową i nie zamknięto przede mną drzwi:) Zajęłam ostatnie wolne w samolocie miejsce 5C. Byłam niemiłosiernie zmęczona, mokra, było mi słabo, ale sukces został osiągnięty. Oczywiście miałam świadomość tego, że bagaż z wiadomych powodów nie mógł dotrzeć do samolotu, bo po prostu go tam nie wysłano. Bezpośrednio po zajęciu miejsca pod ciekawskimi spojrzeniami pasażerów, kapitan ogłosił, że z powodu silnie wiejącego wiatru musimy poczekać jeszcze 20 minut, ponieważ zrobiła się kolejka do odlotu. Wówczas, ponieważ ze stewardesami rozmawiałam po niemiecku, za moimi plecami nastąpiła swobodna wymiana zdań po polsku:

    - No, teraz będziemy mieć opóźnienie, bo jakaś panna nie mogła sobie wcześniej z domu wyjść i na lotnisko przyjść punktualnie!
    - Taka to sobie myśli, że cały świat będzie na nią czekał. A co, niech sobie spacerek po lotnisku urządza!
    - No, takie są najgorsze. Myślą, że wszyscy mają tyle czasu co one. Jak się nic nie robi, to nie dziwota, że się nie ma kontaktu z rzeczywistością.
    - Wszystko przez nią, kto wie ile teraz będziemy tu czekać.

    POZOSTAWIĘ POSTAWĘ TYCH PAŃSTWA BEZ KOMENTARZA

    Bagaż został przywieziony kurierem błyskawicznie, bo już na drugi dzień, w Wielki Piątek, za co jestem  ogromnie wdzięczna liniom i pracownikom lotniska:)

    4 komentarze :

    1. Skorpiony... ok. Zanotowane.
      Rozumiem, że zwykły preparat anty-komarowy (czy nawet taki mocniejszy) na nie nie zadziała odstraszająco... :P

      OdpowiedzUsuń
      Odpowiedzi
      1. Na szczęście nie musiałam testować, ale chyba pierwszym odruchem byłoby zakrycie szklanką niż otwarty konflikt. Oczywiście gdyby się pod tą szklanką zmieścił:D Haha... teraz to zabawne jest, ale na miejscu nieco dziwne uczucie...

        Usuń
    2. Zdecydowanie jest to jeden z punktów na mojej mapie "Zwiedzić świat"

      OdpowiedzUsuń
      Odpowiedzi
      1. Warto, oj warto:) Piękny zakątek świata ...

        Usuń

     

    Etykiety

    RECENZJE (168) URODA (161) kosmetyki (154) KUCHNIA (79) DIY (76) KREATYWNIE (74) PRZEPIS (74) NOWOŚCI (63) koreańskie kosmetyki (41) deser (34)

    Prawa autorskie

    Nie zgadzam się na kopiowanie grafik, zdjęć i tekstów oraz publikowanie ich w formie elektronicznej lub drukowanej bez mojej wiedzy i zgody (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

    klub ekspertek

    Google+ Badge

    FACEBOOK

    MÓJ INSTAGRAM